Stan zamówienia w trzech miejscach naraz
Arkusz mówi jedno, wątek na czacie drugie, a osoba prowadząca trzecie. Kiedy klient dzwoni z pytaniem o status, ktoś musi obdzwonić trzy osoby, żeby odpowiedzieć.
Buduję aplikacje do codziennej pracy firmy: zamówień, wycen, zleceń. Zamiast arkusza, maili i telefonów wszyscy widzą w jednym miejscu, na jakim etapie jest sprawa i kto ma ją teraz ruszyć.
Czasem bolą już przy jednym zamówieniu, a z każdym kolejnym coraz bardziej.
Arkusz mówi jedno, wątek na czacie drugie, a osoba prowadząca trzecie. Kiedy klient dzwoni z pytaniem o status, ktoś musi obdzwonić trzy osoby, żeby odpowiedzieć.
Z zapytania do arkusza, z arkusza do oferty, z oferty do faktury, z faktury do zestawienia. Każde przepisanie to szansa na literówkę, za którą ktoś zapłaci.
Nie ma sygnału, że coś utknęło. Dowiadujesz się od klienta, któremu skończyła się cierpliwość, albo nie dowiadujesz się wcale, bo klient po prostu odszedł.
Bez miejsca, które rozstrzyga, wygrywa ten, kto zapisał później. Czasem to nie jest wersja poprawna, a dowiadujesz się o tym przy fakturze.
Płacisz abonament za dopasowanie firmy do cudzego procesu. Wasz prawdziwy proces i tak żyje obok: w arkuszu, którego to narzędzie miało się pozbyć.
Wiedza o tym, jak to naprawdę działa, siedzi w głowie kogoś, kto kiedyś pojedzie na urlop. To ryzyko ma dokładną datę: dzień, w którym ta osoba pójdzie na zwolnienie albo zmieni pracę.
Zaczynam od tego, co ludzie już robią. Dopiero potem decyduję, co z tego da się zapisać tak, żeby pilnowało się samo.
Każde zamówienie przechodzi przez etapy w ustalonej kolejności. Nie da się pominąć kroku ani wysłać klientowi tej samej wiadomości dwa razy, bo powiadomienie wychodzi dokładnie w chwili, gdy sprawa przechodzi na następny etap.
Handlowiec widzi swoich klientów, klient swoje zamówienia, szef całość. Pilnuje tego sam system, a nie ukryty przycisk, więc nie da się tego obejść. Każdą rolę sprawdzam osobnym testem, zanim system trafi do Was.
Zespół obsługuje cały proces z komputera w biurze albo z telefonu, gdziekolwiek akurat pracuje. To te same dane w obu miejscach, bez instalowania osobnej aplikacji.
Wybieramy ten, który kosztuje najwięcej, i doprowadzam go do produkcji. Reszta czeka, aż pierwszy zacznie zwracać się w liczbach, które da się pokazać.
System bez zespołu, który go używa, to koszt, nie inwestycja. Szkolę ludzi i jestem wtedy, gdy pojawia się pierwszy przypadek, którego nikt nie przewidział.
Cztery kroki. Pierwszy jest bezpłatny i często wystarcza, żeby wiedzieć, czy w ogóle jest o czym rozmawiać.
Rozmawiamy o jednym procesie: co się w nim dzieje, ile razy w miesiącu i gdzie ucieka czas. Jeśli nie ma tu czego automatyzować, powiem to na tej rozmowie.
Dostajesz proces opisany z zaznaczonymi miejscami strat, proponowany zakres, widełki kosztu i szacowany czas, razem z listą rzeczy, których nie warto ruszać.
Każdy etap kończy się czymś, co da się włączyć do pracy i ocenić w liczbach, zanim ruszy kolejny. Zamiast kwartału ciszy i jednego dużego uruchomienia.
Zespół uczy się na Waszych danych, dokumentacja i dostępy zostają po Waszej stronie. Jestem przy pierwszych nietypowych przypadkach, bo te pojawiają się po starcie, nie w dniu uruchomienia.
Zależy od liczby procesów, integracji i tego, czy system ma zastąpić jedno narzędzie czy pięć. Po rozmowie i obejrzeniu procesu dostajesz widełki dla swojego przypadku, bez zobowiązań i bez wysyłania oferty, zanim zrozumiem, o czym mówimy.
SaaS wymusza swój proces i liczy za użytkownika. System pisany pod firmę odwzorowuje proces, który już macie, i nie drożeje z każdą kolejną osobą w zespole. Cena wejścia jest wyższa, koszt utrzymania niższy, a granica możliwości leży dużo dalej.
Pierwszy działający kawałek: tygodnie, nie miesiące, bo zaczynam od jednego procesu. Pełny system rośnie etapami i każdy z nich trafia do produkcji osobno, więc korzyść pojawia się przed końcem prac.
Kod i dane są Twoje, nie moje. Nie buduję niczego, co działa wyłącznie u mnie: to byłoby zabezpieczenie mojego interesu Twoim kosztem.
Dostępu do danych pilnuje sama baza danych, a nie ukryty przycisk w aplikacji, więc handlowiec technicznie nie odczyta cudzych klientów. Klucze i hasła do usług są poza kodem. Każda zmiana, zanim trafi na produkcję, przechodzi automatyczne sprawdzenia, w tym skan pod kątem wycieku sekretów. Kod i dane zostają po Waszej stronie.
Tak, i zwykle tak to wygląda: zaczynamy od jednego procesu, a kolejne dochodzą etapami. Kod jest w Waszym repozytorium razem z dokumentacją, więc rozbudowę może zrobić też ktoś inny niż ja.
Trzydzieści minut wystarczy, żeby powiedzieć, czy jest tu co automatyzować. Jeśli nie ma, usłyszysz to wprost, zanim powstanie jakakolwiek oferta.
Bez zobowiązań. Bez oferty, zanim zrozumiem proces.
Zobacz, co już zbudowałem →albo napisz na hello@kamiljan.com · LinkedIn