Pięć wersji tego samego wzoru umowy
Na dysku leżą „umowa_final”, „umowa_final2” i „umowa_nowa”. Nikt nie jest pewien, która ma aktualne warunki, więc każdy bierze tę, którą otwierał ostatnio, a klient dostaje zapisy, które już nie obowiązują.
Automatyzuję obieg dokumentów w firmie: umowy i faktury składane z danych, które już leżą w CRM albo w arkuszu, akceptacje zapisane w systemie zamiast w wątku mailowym, terminy widoczne w systemie, a nie w czyimś kalendarzu. Najpierw dbam o to, żeby system nie wypuścił złego dokumentu. Szybkość przychodzi przy okazji.
Administracja rzadko psuje się spektakularnie. Psuje się po cichu: jedną literówką, jednym przegapionym terminem, jednym dokumentem w złej wersji.
Na dysku leżą „umowa_final”, „umowa_final2” i „umowa_nowa”. Nikt nie jest pewien, która ma aktualne warunki, więc każdy bierze tę, którą otwierał ostatnio, a klient dostaje zapisy, które już nie obowiązują.
Nazwa firmy, NIP, adres i kwota już są w CRM i w ofercie. Mimo to ktoś składa umowę, protokół i fakturę, przepisując je pole po polu między oknami. Za każdym razem od nowa.
Umowa poszła do akceptacji mailem i utknęła w skrzynce osoby, która jest w delegacji. Dowiadujesz się, gdy klient pyta, dlaczego wciąż jej nie dostał.
Brakujący numer, zła stawka VAT albo pominięta klauzula nie wyglądają na szkic. Wyglądają na gotowy dokument i jako gotowy wychodzą, a wracają jako korekta, odrzucony wniosek albo spór.
Umowy, klienci i historia zleceń siedzą w abonamencie, który nie ma eksportu ani dostępnego API. Żeby odzyskać własne dane, ktoś musi je przepisywać z ekranu.
Koniec umowy, ważność ubezpieczenia, termin płatności. Przypomnienie istnieje tylko wtedy, gdy ktoś je sobie ustawił, i wyjeżdża razem z nim na urlop.
Przy każdym polu w dokumencie pytam, skąd ono się bierze. Jeśli ta informacja już gdzieś w firmie leży, nikt nie powinien wpisywać jej drugi raz.
Dane klienta i zamówienia trafiają do szablonu z nazwanymi polami, a wychodzi gotowy dokument w Wordzie i w PDF-ie. Tak może powstawać każda umowa czy oferta: osoba w terenie generuje ją sama z telefonu, a brak wymaganego pola zatrzymuje generowanie, zamiast wypuścić dokument z dziurą. Szablon ma swoją historię zmian, więc każda poprawka klauzuli jest widoczna.
Zgoda nie powinna wynikać z wątku mailowego. Klient klika link w ofercie, a system zmienia status zamówienia i zapisuje godzinę: tak może działać akceptacja wyceny nawet wtedy, gdy zamówienia prowadzone są w arkuszu. Każde zlecenie może mieć swój nazwany etap, a powiadomienia wychodzą ze zmiany etapu, więc stan widać bez przeszukiwania skrzynek.
Podpisana umowa to tekst, który podpisano, a nie to, co wygeneruje dzisiejszy wzór. Każda podpisana umowa przechowuje własną treść, więc zmiana warunków w nowym szablonie nie rusza dokumentów podpisanych wcześniej. Numer faktury jest unikalny i po wystawieniu nie da się go zmienić. Pilnuje tego system, a nie ekran, bo ekran to miejsce, w którym zmęczony człowiek klika dwa razy.
Data końca ubezpieczenia czy przeglądu to pole w systemie, a nie wpis w czyimś kalendarzu. Panel może pokazywać pojazdy albo umowy, którym termin mija w ciągu 30 dni. Jedno zastrzeżenie warto powiedzieć wprost: jeśli te daty wpisuje się ręcznie, alert jest tak dobry jak ostatnio wpisana data.
Gdy firma trzyma klientów, rezerwacje i wzory umów w płatnym programie bez eksportu i bez dostępu do własnych danych, odzyskanie ich wymaga osobnego projektu: wyciągnięcia danych, zbudowania zamiennika i sprawdzenia migracji wiersz po wierszu, nie na oko. Sprawdzanie na oko łatwo gubi pojedyncze wpisy, dlatego liczy się mechaniczne porównanie przed uznaniem migracji za skończoną. Dane powinny leżeć w bazie firmy, a eksport ma być jednym zapytaniem, nie osobnym projektem.
Kilka typowych zastosowań w tym obszarze. Twój proces może wyglądać inaczej, dlatego zaczynam od rozmowy o nim.
Umowy, protokoły i wnioski wypełniane danymi z systemu i zapisywane jako DOCX albo PDF.
AI wyciąga dane z dokumentu, reguły je sprawdzają, a wątpliwe przypadki zatwierdza człowiek.
Wniosek trafia do osoby, która ma go zatwierdzić, a decyzja zostaje zapisana z datą.
Przypomnienie o płatności, końcu umowy albo przeglądzie przychodzi, zanim termin minie.
Dokumenty nazywane według jednej reguły i odkładane do właściwych folderów automatycznie.
Co miesiąc przygotowane z danych, które już są w systemie, zamiast przepisywane z maili.
Wyszukiwarka po kliencie, dacie i statusie zamiast folderu na wspólnym dysku.
Zgłoszenie z wymaganymi polami, więc nikt nie musi dopytywać o brakujące dane.
Faktura po terminie dostaje uprzejme przypomnienie, potem kolejne, a Ty widzisz listę zaległości.
Dokument idzie do podpisu online, a podpisana wersja wraca do właściwego miejsca w systemie.
Cztery kroki. Pierwszy jest bezpłatny i często wystarcza, żeby wiedzieć, czy w ogóle jest o czym rozmawiać.
Rozmawiamy o jednym procesie: co się w nim dzieje, ile razy w miesiącu i gdzie ucieka czas. Jeśli nie ma tu czego automatyzować, powiem to na tej rozmowie.
Dostajesz proces opisany z zaznaczonymi miejscami strat, proponowany zakres, widełki kosztu i szacowany czas, razem z listą rzeczy, których nie warto ruszać.
Każdy etap kończy się czymś, co da się włączyć do pracy i ocenić w liczbach, zanim ruszy kolejny. Zamiast kwartału ciszy i jednego dużego uruchomienia.
Zespół uczy się na Waszych danych, dokumentacja i dostępy zostają po Waszej stronie. Jestem przy pierwszych nietypowych przypadkach, bo te pojawiają się po starcie, nie w dniu uruchomienia.
Zależy od liczby rodzajów dokumentów, systemów, z których biorą dane, i od tego, czy potrzebny jest podpis elektroniczny. Pierwsza rozmowa trwa 30 minut i jest bezpłatna. Widełki dostajesz po obejrzeniu jednego konkretnego obiegu, nie wcześniej.
Zwykle nie. Jeśli narzędzie udostępnia choćby eksport danych, dokumenty mogą brać dane stamtąd. Czasem najlepszym systemem jest arkusz, w którym ktoś już pracuje: przy kilkudziesięciu zamówieniach i jednej osobie obsługującej kanał sprzedaży arkusz Google bez dodatkowej infrastruktury radzi sobie z wycenami, akceptacjami, fakturami VAT i SMS-ami.
Podpisu elektronicznego nie buduję sam, tylko podłączam wyspecjalizowanego dostawcę, bo w tej dziedzinie taka firma jest dalej niż ja. Które dokumenty wymagają podpisu kwalifikowanego i jak długo je przechowywać, ustalamy z Twoim prawnikiem albo księgową. Nie jestem prawnikiem i nie udaję, że nim jestem. Moja część to system, który te ustalenia wymusza: unikalna numeracja, brak edycji po wystawieniu, dostęp tylko dla uprawnionych.
Tylko ci, którzy powinni, i pilnuje tego system, a nie ukryty przycisk. Różne role, na przykład handlowiec, audytor i administrator, mogą pracować na tych samych danych, a mimo to każdy widzi tylko swoją część. Brakująca reguła oznacza brak dostępu, a nie pełny dostęp. Uprawnienia sprawdzam na działającym systemie, nie tylko w dokumentacji, która go opisuje.
Kod piszą agenty AI, a ja odpowiadam za wszystko dookoła: specyfikację, architekturę, review, wdrożenie i działanie na produkcji. Większe wdrożenia realizuję z rzeszowskim software house'em CetusPro: ich developerzy dołączają, gdy projekt wymaga większego zespołu.
Dostępu do danych pilnuje sama baza danych, a nie ukryty przycisk w aplikacji, więc handlowiec technicznie nie odczyta cudzych klientów. Klucze i hasła do usług są poza kodem. Każda zmiana, zanim trafi na produkcję, przechodzi automatyczne sprawdzenia, w tym skan pod kątem wycieku sekretów. Kod i dane zostają po Waszej stronie.
Tak, i zwykle tak to wygląda: zaczynamy od jednego procesu, a kolejne dochodzą etapami. Kod jest w Waszym repozytorium razem z dokumentacją, więc rozbudowę może zrobić też ktoś inny niż ja.
Trzydzieści minut wystarczy, żeby powiedzieć, czy jest tu co automatyzować. Jeśli nie ma, usłyszysz to wprost, zanim powstanie jakakolwiek oferta.
Bez zobowiązań. Bez oferty, zanim zrozumiem proces.
Zobacz, co już zbudowałem →albo napisz na hello@kamiljan.com · LinkedIn